Kopał rowy pod instalacje gazowe, a nocami dorabiał jako bramkarz w miejscowych klubach.
Mimo ciężkiej pracy i codziennego zmęczenia wciąż powtarzał wszystkim, że pewnego dnia zostanie sławnym aktorem.
Koledzy z pracy śmiali się z jego marzeń. Nadali mu nawet przezwisko „Hollywood Mike”.
Ale Michael nigdy nie uważał swoich marzeń za żart. Wierzył w nie całym sercem i robił wszystko, żeby pewnego dnia stały się rzeczywistością.
Kiedy Michael Clarke Duncan w końcu przeprowadził się do Los Angeles, jego imponująca postura pomogła mu znaleźć pierwszą pracę. Choć do aktorskiej sławy wciąż było daleko, szybko zaczął zarabiać jako ochroniarz znanych gwiazd.
Dbał o bezpieczeństwo takich artystów jak Will Smith, Martin Lawrence, Jamie Foxx czy LL Cool J.
Pewnego dnia wydarzyło się jednak coś, co na zawsze zmieniło jego życie.
W 1997 roku Michael miał ochraniać słynnego rapera The Notorious B.I.G. tej nocy, kiedy artysta został zamordowany. Los chciał jednak inaczej. Duncan wcześniej zamienił się zmianą z innym ochroniarzem.
Ta tragedia głęboko nim wstrząsnęła. Uświadomił sobie, że nie chce już dłużej pracować w ochronie.
Pragnął czegoś zupełnie innego.
Chciał zostać aktorem.
Początki nie były łatwe. Hollywood widziało w nim przede wszystkim potężnego, dobrze zbudowanego mężczyznę. Reżyserzy proponowali mu głównie role ochroniarzy, osiłków, gangsterów i ludzi, którzy mieli budzić strach samym wyglądem.
Wszystko zaczęło się zmieniać po filmie „Armageddon”.
Na planie Michael poznał Bruce’a Willisa, który dostrzegł w nim coś więcej niż tylko imponującą sylwetkę. Zobaczył prawdziwy talent i pomógł mu zdobyć rolę, która na zawsze zapisała się w historii kina.
Była to postać Johna Coffeya w filmie „Zielona mila”.
Olbrzymiego mężczyzny o niezwykle łagodnym sercu.
Postać Coffeya opierała się na pięknym kontraście. Człowiek, którego wygląd budził lęk, skrywał w sobie więcej dobroci i wrażliwości niż wielu ludzi wokół niego.
Michael doskonale rozumiał swojego bohatera.
Sam przez lata doświadczał tego, jak łatwo ludzie oceniają innych po wyglądzie, zanim jeszcze zdążą zamienić z nimi choćby kilka słów.
Jego kreacja poruszyła miliony widzów na całym świecie. Przyniosła mu nominacje do Oscara i Złotego Globu.
Wreszcie świat zobaczył nie tylko jego potężne ramiona, ale również ogromny talent i niezwykłą wrażliwość.
Od tamtej pory pojawiał się w różnych produkcjach. Zagrał między innymi w komedii „Jak ugryźć 10 milionów”, filmach „Król Skorpion” i „Daredevil”, a także użyczył głosu komandorowi Vachirowi w animacji „Kung Fu Panda”.
Jednak ludzie, którzy znali go osobiście, wspominali przede wszystkim jego charakter.
Bruce Willis powiedział kiedyś:
„Michael był wspaniałym aktorem, wspaniałym człowiekiem i moim bratem”.
Mimo sukcesów Duncan wciąż miał wiele niespełnionych marzeń. Jednym z nich była główna rola w komedii romantycznej. Chciał pokazać widzom swoje pogodne, zabawne oblicze, udowodnić, że potrafi nie tylko wzruszać i budzić respekt, ale również rozśmieszać i opowiadać historie o miłości.
Niestety, nie zdążył spełnić tego marzenia.
13 lipca 2012 roku Michael doznał rozległego zawału serca.
Jego narzeczona, Omarosa Manigault, natychmiast rozpoczęła resuscytację i wezwała pogotowie. Dzięki jej szybkiej reakcji udało się wtedy uratować mu życie.
Aktor trafił na oddział intensywnej terapii. Mijały kolejne dni, potem tygodnie. Omarosa przez cały ten czas trwała przy jego boku, wierząc, że ukochany wróci do zdrowia.
Niestety, 3 września 2012 roku Michael Clarke Duncan zmarł w szpitalu Cedars-Sinai w Los Angeles.
Miał zaledwie 54 lata.
Pogrążona w żałobie Omarosa wypowiedziała wtedy kilka prostych słów, w których zawarła całą swoją miłość:
„Był miłością mojego życia”.
Michael odszedł zdecydowanie za wcześnie. Pozostawił po sobie niezapomniane role, wspomnienia bliskich i coś, czego nie da się zmierzyć liczbą nagród ani wielkością majątku.
Pozostawił dobro, którym obdarzał innych.
Tom Hanks, wspominając swojego kolegę z planu „Zielonej mili”, pięknie podsumował to, co wielu ludzi zrozumiało dopiero wtedy, gdy naprawdę go poznało.
Powiedział:
„Największą rzeczą w Michaelu nigdy nie był jego wzrost ani imponująca postura. Była nią ogromna wielkość jego serca”.
Bo czasem człowiek, który z daleka wygląda na najsilniejszego ze wszystkich, ma jednocześnie najdelikatniejszą duszę.
I właśnie za to Michael Clarke Duncan na zawsze pozostanie w pamięci tych, którzy go znali i pokochali jego niezwykły talent.
